 |
U schyłku lat pięćdziesiątych XIX w po przegranej wojnie krymskiej, Rosja złagodziła
nieco swą represyjną politykę w Królestwie Polskim. Większa swoboda stała się bodźcem do powstawania i wcielania w życie
wielu cennych inicjatyw obywatelskich, również w sferze gospodarczej. Dwaj praktykanci księgarscy, Gustaw Gebethner i Robert Wolff, którzy wówczas pracowali w księgarni przy Senatorskiej i tam zadzierzgnęła się ich przyjaźń,
postanowili usamodzielnić się i założyć wspólny księgarski interes. W dniu 27 listopada 1857 r w "Kurierze Warszawskim" w numerze 313 ukazała się następująca notatka: "Z dniem 24 b.m. otworzyliśmy przy ul. Krakowskie Przedmieście Nr 15 księgarnię i skład nut muzycznych pod firmą Gustaw
Gebethner i Spółka. Księgarnia ta została zaopatrzona w stosowny dobór dzieł polskich, niemieckich, francuskich i innych, bądź naukowych, bądź należących do literatury pięknej oraz całkowity zbiór tak dawniejszych, jak i
najnowszych publikacji muzycznych. Obznajomieni dostatecznie z zawodem księgarskim, pochlebiamy sobie, że z całą gotowością będziemy umieli zadośćuczynić wszelkim wymaganiom Szanownej Publiczności i utrzymać nasz zakład na drodze
ciągłego postępu. Gustaw Gebethner i Robert Wolff". Już w drugim roku od założenia, firma podjęła działalność
edytorską, publikując 6 książek (2 z dziedziny rolnictwa, 3 beletrystyczne, w tym libretto "Halki" Włodzimierza Wolskiego w związku z premierą opery w Warszawie), w ogólnym nakładzie 5820 egzemplarzy.Po roku produkcję podwojono, a cztery lata później, kiedy obroty firmy zwiększyły się prawie trzykrotnie, również trzykrotnie wzrosła liczba wydawanych tytułów. Tak zaczął się, trwający przez lat kilkadziesiąt, nie
znający precedensu w dziejach księgarstwa polskiego, rozwój wydawnictwa. |
 |
Półwiecze swego istnienia firma zamyka niebagatelnym dorobkiem: 1595 tytułami (nie
licząc wznowień) w łącznym nakładzie 6,5 miliona, 6-procentowym udziałem w ogólnopolskiej produkcji wydawniczej oraz 50-procentowym w dziale podręczników szkolnych (za Bogdanem Klukowskim - "Przegląd Księgarski i
Wydawniczy" z 1982 r). Obszar tematyczny wydawnictw własnych był rozległy: literatura piękna, literatura dla dzieci i młodzieży, podręczniki szkolne, matematyka, przyroda, technika, religia, filozofia. W najwcześniejszym
okresie istnienia oficyny pod sygnetem wyobrażającym sowę w okoleniu laurowym z monogramem "G i W" wydawali swoje utwory: Edward Lubowski, Marian Gawlewicz, Adolf Dygasiński, w kilka lat później Bolesław Prus, Henryk
Sienkiewicz, a następnie Maria Konopnicka, Władysław Reymont, Stefan Żeromski,. Wacław Berent. Półwiecze przyniosło także bogaty dorobek w dziedzinie wydawnictw nutowych - wydano wszystkie dzieła Fryderyka Chopina, wiele
utworów Stanisława Moniuszki czy z dawnych - Mikołaja Gomółki- łącznie 4,5 tysiąca. |
 |
Jeszcze przed upływem pierwszego półwiecza w 1904 r. położono kamień węgielny
pod nową siedzibę firmy (róg ówczesnej Nowo-Siennej i ul. Zgoda). W uroczystości uczestniczył zaledwie kilkuletni Jan Gebethner. "W chwili składania podpisów na akcie erekcyjnym - czytamy w książce Jana Gebethnera "Młodość wydawcy" - i mnie
polecono to zrobić. Ja, jeszcze słabo piśmienny. podpisałem się "Giebethner" Ojciec bardzo się zawstydził i dał mi odpowiednią burę publiczną. Dokument z takim moim podpisem tkwi dotąd zakopany głęboko w ziemi na placyku
przed księgarnią "Nike" na rogu Sienkiewicza, naprzeciwko domu PKO, tam, gdzie pozostały części fundamentów naszego domu". Kamienicę zaprojektował Bronisław Brochwicz-Rogóyski. Uchodziła za jeden z najbardziej
malowniczych budynków warszawskich. Tę malowniczość uzyskała dzięki usytuowaniu na trójkątnej działce i wyniosłej, aż ośmiokondygnacyjnej wieży w narożniku, zwieńczonej hełmem, nadającej kamienicy zamkowy charakter. Była też bardzo
nowoczesna. W zapiskach Jerzego S. Majewskiego ("Gazeta Stołeczna GW z 23 sierpnia 2001 r.) czytamy: "W podziemiu architekt zaprojektował magazyn książek i nut. Parter zajęła ogromna księgarnia. Pierwsze piętro - biura
firmy i redakcja "Tygodnika Ilustrowanego", zaś wyższe - mieszkania, po trzy na kondygnacji. Wiodła do nich reprezentacyjna główna klatka schodowa z wejściem z bramy, z urzekającymi bielą marmurowymi schodami, z windą
elektryczną.(...) W księgami widoczne były długie drewniane lady, potężne meble i półki zdobione romańskimi kolumienkami i arkadami. Piętrzyły się na nich stosy książek. Na stołach stały globusy, a liczne krzesełka, stoliczki,
ławeczki zachęcały, by usiąść i w spokoju przeglądać książki. (...) Budynek ten dotrwał bez zmian do 1944 r. Narożnik trafiony pociskiem z moździerza rozpadł się z łoskotem. Reszta spłonęła. Mury budynku przetrwały jednak wojnę,
podobnie jak firma, która szybko się odrodziła. Zniszczyli ją dopiero komuniści, cofając w 1950 r licencję wydawniczą. |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
|
"G i W" nie byli tylko nastawieni na zysk, choć oczywiście musieli gromadzić kapitał na inwestycje. Świadczy o tym choćby ich działalność społeczna i charytatywna,
podejmowanie rozlicznych inicjatyw patriotycznych i humanitarnych (bezpłatny druk elementarza, dary książek dla bibliotek więziennych, wsparcie finansowe dla Kasy Przezorności i Pomocy Warszawskich Pomocników Księgarskich). Czy
wreszcie bezzwłoczna realizacja listownych zamówień, otrzymywanych z najodleglejszych zakątków ziemi, których nadawcy nie byli w stanie zapłacić za książki. |
|
|
Na początku XX wieku książki Gebethnera i Wolffa przekraczają ocean - od
1908 r. posiadają już dodatkowy nadruk: New York, ThePolish Book Imp. Co. Inc. Firma powierza swoje książki i wydawnictwa muzyczne przedsiębiorstwom paryskim, lipskim, berlińskim i londyńskim. Poza Warszawą i Krakowem, otwiera się
nową księgarnię w Łodzi powołuje filię w Lublinie. W 1911 r. Gebethner i Wolff byli też komisjonerami 173 firm księgarskich w kraju, w Cesarstwie Rosyjskimi za granicą. Pojawiają się serie wydawnicza operowanie tysiącami tytułów i
milionami egzemplarzy książek zmusza do systematycznego wydawania katalogów księgarskich. Jak każda firma, tak i "G i W" przeżywała swoje wzloty i gorsze chwile. Po I wojnie światowej pojawiają się symptomy kryzysu.
Wycofuje z wydawnictwa swoje powieści Żeromski, zgodnie z umową ze spadkobiercami Sienkiewicza prawa wydawnicze jego utworów przejmuje Zakład Narodowy im. Ossolińskich, reforma szkolna dezaktualizuje dawne podręczniki. Firmę ratują debiutujący autorzy: M.
Choromański, J. Iwaszkiewicz, J. Kaden-Bandrowski, L. Kruczkowski, Z. Nałkowska. J. Parandowski, E. Szelburg-Zarębina, K. Wierzyński, H. Worcell, K. Bunsch oraz rozwijający się dział książek dla dzieci i młodzieży. To właśnie u
"Gebethnera i Wolffa" po raz pierwszy ukazało się wzruszające do łez "Serce" Amicisa, niezapomniane "Wspomnienia niebieskiego mundurka" (Gomulickiego oraz "komiksy" Kornela Makuszyńskiego o
przygodach Koziołka Matołka i małpki Fiki-Miki. |
|
|
Wspomina Halina Pfeiffer-Milerowa (wnuczka Jana Roberta Gebethnera): " Kiedy przed 1914 r. zaczęły być czynne
telefony, kilkunastoletnie córki Jana Roberta, Marylka i Hanka, lubiły przez telefon robić psikusy. Raz, na przykład, zadzwoniły w środku nocy do ogłoszeniodawcy z Kuriera ilustrowanego: - Proszę pana - z powagą w głosie oznajmiły
wyrwanemu z pierwszego snu delikwentowi - te Jamniczki, co pan ogłaszał w gazecie do sprzedania, to my nie kupimy I trzask słuchawką. Dowcip marny, ale panienki zaśmiewały się do rozpuku. Innym razem zadzwoniły do masarni. - Bardzo
prosimy dostarczyć jutro rano do domu państwa Gebethnerów dwa kilogramy parówek. I znowu trzask słu- chawką i cha, cha, cha, i cha, cha, cha - zabawa, ich zdaniem, przednia. A tu na drugi dzień rano rzeczywiście przynoszą parówki i
trzeba je wykupić. Konsternacja panienek wielka. Okazało się, ze ojciec podsłuchał niepoważną rozmowę (telefon stał w przedpokoju za kotarką) i, chcąc dziewczynkom dać "po nosie", potwierdził zamówienie. Psikusy wymyślane
przez młodzież sprzed wieku niewiele różniły się od dowcipów dzisiejszych nastolatków. Tadeusz i Wacław Gebethnerowie brali udział w kampanii wrześniowej 1939 r. Tadeusz Gebethner był internowany na Litwie. Jan Gebethner został
aresztowany w październiku 1939 r. - po półrocznym pobycie na Pawiaku został zwolniony i powrócił do pracy W czasie okupacji firma znalazła się pod tzw. przymusowym zarządem niemieckim (treuhanderem był Karl Grundmann, a jego
zastępcą Kurt Dietrich, obaj z "Propaganda Amt"). Firmie uniemożliwiono prowadzenie działalności w oddziałach poza Warszawą, zabrano doskonale prosperującą księgarnię przy ul. Krakowskie Przedmieście. " Miałam swoje
"potyczki" z treuhanderem, ale jedna wryła mi się najbardziej w pamięć - wspomina Halina Pfeiffer-Milerowa, córka Marii z Gebethnerów i Jóżefa Pfeiffera, wykwalifikowany pracownik księgarski, która w 1940 r. rozpoczęła
pracę w antykwariacie księgarni przy ul. Zgoda w charakterze praktykantki. |
|
|
Przedwojenne pozycje miały spore wzięcie, jako że podczas okupacji żadnych
książek nie wolno było wydawać, chyba że dla dzieci. Wystawiałyśmy więc z koleżanką na ladzie, dla zachęty, co
"smakowitsze kąski". Pamiętam, że położyłyśmy tam kiedyś "Kodeks honorowy" Boziewicza, a tu wpada Kurt Dietrich. Wściekły, krzyczy, rzuca książkę na ziemię, depcze. To był jedyny egzemplarz kodeksu, więc ze
zgrozą patrzyłyśmy na jego niszczenie. Po wyjściu treuhandera zaczęłyśmy doprowadzać książkę do ładu, wyprostowałyśmy kartki, odczyściłyśmy. Okazało się, że nawet "po przejściach" znalazła nabywcę. Razem ze mną w
antykwariacie pracował Roman Kustanowicz, śpiewnie zaciągający lwowiak. W 1943 r. pojechał do Lwowa i. wracając drabiniastym wozem, w sianie przemycił broszury Lwowskiego Wydawnictwa Naukowego - cieniutkie bibułki w dużym formacie.
Stali nasi klienci rzucili się na owe broszury jak na świeże bułeczki. Taki był głód polskiego słowa." W czasie oblężenia Warszawy w 1939 r. Główna Księgarnia Wojskowa przekazała firmie "G i W" swoje wydawnictwa i
podręczniki wojskowe (m.in. "Podręcznik dowódcy plutonu"), regulaminy i mapy sztabowe - pisze Ewa Mahrburg w broszurce "Z dziejów firmy Gebethner i Wolff" - W okresie okupacji wiele oddziałów Armii Krajowej
zaopatrywało się w te niezbędne dla wojska mapy Docierały one nawet do Wilna. W latach 1940-1944, gdy na terenie firmy działały różne grupy konspiracyjne AK, materiały otrzymane z Głównej Księgarni Wojskowej okazały się bardzo
cenne i wykorzystywane były do szkolenia w podziemnej podchorążówce." Właściciele i pracownicy firmy prowadzili też nielegalną sprzedaż podręczników szkolnych, a zorganizowana pod kierunkiem wnuka Gustawa Gebethnera, Jana,
tajna szkoła księgarska oraz kursy korespondencyjne dla księgarzy spoza Warszawy przygotowywały kadry dla księgarstwa z myślą o jego odrodzeniu po wojnie. |
|
|
Podczas Powstania Warszawskiego majątek firmy uległ zniszczeniu. Nie
przeszkodziło to natychmiast po zakończeniu działań wojennych, już 1 marca 1945 r, w otwarciu pierwszej księgarni Gebethnera i Wolffa na Pradze (Targowa 48), a pół roku później wznowieniu działalności wydawniczej. Nie było dane
jednak wrócić firmie do dawnej świetności. "W 1946 r. na podstawie "Dekretu o zawieszeniu mocy niektórych umów wydawniczych w dziedzinie literackiej" i rozporządzeń wykonawczych do niego - pisze Irena Wojsz (Rocznik
Warszawski XXX, 2001 r.) - odebrano firmie "G i W" większość posiadanych przez nią uprawnień do wydawania dzieł klasyków literatury polskiej. Od 1950 r. stopniowo odbierano jej budynki, place, papier przechowywany podczas
wojny. Filie przejął DOM KSIĄŻKI. W 1960 r nastąpiła całkowita jej likwidacja. W 1990 r. w nowych warunkach ustrojowych
Zygmunt Gebethner spróbował raz jeszcze firmę reaktywować, ale to już najnowsza historia, zakończona zresztą niepowodzeniem. Nazwiska Gebethner i Wolff funkcjonują w świadomości starszego pokolenia tak, jak zbitka pojęciowa Żwirko
i Wigura. Nieutrwalane w pamięci młodszych generacji, nie odchodzą jednak w niebyt, a to głównie dzięki księgarzom. Z ich grona wyszła inicjatywa, by w 150 rocznicę założenia firmy wystąpić do władz miasta o nadanie jednej z
warszawskich ulic imienia patronów spod znaku Gebethnera i Wolffa. Byłby to społeczny wyraz uznania dla zasług czterech pokoleń znakomitych księgarzy dla kultury polskiej, dla Warszawy, wyraz uszanowania pamięci o nich. Bo, jak
stwierdza Jan Okopień: "Być może byli więksi wydawcy, ale z całą pewnością nie było wszechstronniejszych". |
|
|
[powrót] |